Gdzie Jest Wally ?

Fazenda do Engenho

Dotarlismy szczesliwie do Santuário do Caraça, choc nie od poczatku bylo to takie oczywiste. W Belo Horizonte zostalismy podrzuceni ojcu Gentil José Soares da Silva, dopiero co wyswieconemu (rok temu) na ksiedza mlodemu czlonkowi zgromadzenia. Jak sie okazalo do prowadzenia auta podchodzi raczej swobodnie, z duza doza radosci, swobody i inwencji, okraszonej wysokimi obrotami i jeszcze wyzszymi predkosciami :) W kazdym razie dwoch ksiezy na pokladzie wystarczylo aby Opatrzonosc miala nad nami piecze i po kilku godzinach jazdy (musielismy ominac jakis gigantyczny korek) dotarlismy na miejsce. Z braku wolnych miejsc przy sanktuarium (miejsce jest tak piekne, ze weekendami wala tam tlumy turystow) zostalismy podrzuceni do wspomnianej Fazenda do Engenho, bylego seminarium mniejszego, obecnie zamienionego na milutki pensjonacik prowadzony przez padre Maurício de Resende Paulinelli.

Jak sie okazalo bylo to dobry traf, padre Mauricio jest przesympatyczny, dba zarowno o nas jak i o innych gosci, mowi do nas wolno, wyraznie i bardzo prosto (w odroznieniu od padre Gentil'a - zazwyczaj tylko ogolnie domyslalismy sie o czym rozmawiamy). Mamy tu spore pokoje z wlasnymi lazienkami, zapierajacymi dech w piersiach widokami za oknami i wygodnymi lozkami. Cudownie jest!

Cala prawie okolica objeta jest rezerwatem przyrody, jest wiec dzika, piekna i pelna zmij (grzechotnikow i innych). Jak dotad zwiedzilismy dwa wodospady, z czego dzisiejszy byl jednym z najokazalszych jakie dotad widzialem. Jako ze jakos slowa nie chca mi sie ukladac w zgrabne zdania po prostu wrzuce pare zdjec :)

No dobra wstawie kiedy indziej... Technologia jest zlosliwa :/

Jest w kazdym razie niesamowicie i bardzo milo.

Pozdrawiam
Majkel


skomentuj (0)

2011-07-18 23:21:05



Belo Horizonte

Mam zdecydowanie za malo czasu na pisanie. W notesiku zapisalem dopiero pierwsze dni z Chapady Diamantiny, czyli ponad tydzien temu. Zdazylismy juz zwiedzic dworzec w Salvadorze, Maceio, ponownie dworzec w Salvadorze i jestesmy teraz w Belo Horizonte. Wszedzie jestesmy goszczeni naprawde sympatycznie i dobrze. Padre Adriano z Maceio zabral nas do Grotas (dzielnice biedy), jedlismy tam nawet obiad. Doswiadczylismy pory deszczowej, plywalismy w oceanie i jedlismy najlepsze lody na swiecie :D

Tutaj w Belo chcieli nas z kolei upic i nawet calkiem im wyszlo. Zajmuje sie nami jeden brat i jeden seminarzysta, obaj sa bardzo weseli i ciesza sie niezwykle, ze przyjechalismy.

Obiecuje ze po powrocie zamieszcze tu pelniejsza relacje i jakies przemyslenia oraz zdjecia, ale na razie musze konczyc!

pozdrawiam
Majkel

skomentuj (0)

2011-07-16 18:27:03



Salvador

Niestety nie mam ani zbyt duzo czasu, ani zbyt duzo internetu (nawet polskich literek nie mam...) wiec na razie wiele pojawiac sie tu nie bedzie. Notuje za to wszystko w notesiku i kiedy tylko nadazy sie okazja sprobuje to przepisac. Na razie siedzie w kafejce internetowej na dworcu w Salvadorze i mam ostatnie oplacone 5 min... Czekamy razem z ksiedzem na autobus do Maceio, ale ten bedzie dopiero za 12 godzin. Zeby nie bylo za latwo dworzec znajduje sie na jakis peryferiach, a komunikacja miejska w brazyli jest czesto ciezka do rozgryzienia (napisze jeszcze kiedys o tym). Zapowiada sie pol dnia nudow, no ale moze cos wymyslimy. Pozdrawiam serdecznie!
Majkel
 

skomentuj (2)

2011-07-10 14:23:58



Wellinton

Otoz dzisiejszy wpis sponsoruje Wellinton, ktorego wszyscy dla ulatwienia nazywaja padre Tone. Od wczoraj oprowadza nas po Rio, zabawia rozmowa (ksiedza, mnie uczy slowek) i pomaga nam we wszystkim. Zanim wroce do chronologicznego porzadku ostrzege jeszcze, ze moze sie zdazyc, iz ten post urwie sie w pol zdania - nie mam tu zbyt duzo internetu.

A teraz poczatek: w poniedzialek zaliczylem ostatni (i pochwale sie ze najtrudniejszy na wydziale) egzamin w tej sesji i stalem sie szczesliwym czlowiekiem. We wtorek przyjechal do mnie Padre - ksiadz Artur Pajak - moj przyjaciel z Bydgoszczy, z ktorym zdarzylo mi sie juz troche podrozowac. Z jego inicjatywy wlasnie pare miesiecy wczesniej nabylismy bilety do Rio de Janeiro i on jako misjonarz majacy znajomych prawie wszedzie umowil nas w paru miejscach na goscine. W srode o 20:00 (male opoznienie) oderwalismy sie od plyty lotniska i polecielismy w storne Madrytu (jedyne co zapamietalem z tego lotu to klimatyzacja - bylo strasznie duszno, a gdy ja odpalili wzdluz bokow samolotu, na calej dlugosci pojawila sie para podoban do tej, ktora unosi sie znad cieklego azotu i w piec minut zrobilo sie chlodno). Lotnisko w Madrycie jest olbrzymie, chyba najwieksze na jakim bylem. Po wyladowaniu zeszlo jeszcze 15 minut na podjechanie samolotem do rekawow. Terminali bylo sporo, mialy ladna architekrure i ciagnely sie niemal w nieskonczonosc. Zrobilo na mnie wrazenie! Samolot do Rio tez :) Miescil ze 400 osob i inne wygladaly przy nim dosyc niepowaznie. Lot byl bardzo przyjemny, siedzenia byly wygodne, dostalismy sluchawki i moglismy sobie indywidualnie muzyki sluchac, dali nam kocyki i poduszki, puscili dwa filmy no i oczywiscie nakarmili. Bulki byly suche, ale pozatym posilki byly calkiem smaczne.

W Rio wyladowalismy o 7:04 czasu lokalnego i na szczescie przyjechali po nas padre Alexander i padre Edwardo. Co do odprawy paszportowej i kontroli bagazu to nie wystepowala praktycznie. Najpierw pan znudzonym glosem po rzuceniu okiem na paszport powiedzial "pass", a potem drugi pan kazal nam zlozyc podpis na jakims dokumencie i pokazal wyjscie. Calkiem milo bo przewozilem kontrabande w postaci kabanosow (licznych).

Po opuszczeniu lotniska zostalismy zawieznieni do Colegio San Vincente (ktore jest jednoczesnie domem prowincjalnym) i przydzielono nam pokoje. Niestety trafilem na pokoj bez wieszakow, ani szafek ale przynajmniej z porzadna lazienka. Kawalek za oknem widac skalna sciane, a na jej szczycie bujna zielen (bujna zielen jest tu wszedzie gdzie sie z nia nie walczy - wystarczy chwila nieuwagi i wyrasta w centrum miasta.

Czas sie skonczyl, reszta kiedy indziej!

Pozdrawiam
Majkel

skomentuj (1)

2011-07-02 22:00:03



Palmyra&Aleppo

Mielismy ostatnio również dwudniową wycieczkę: Damaszek-Palmyra-Homs-Aleppo-Damaszek. Co prawda przez Homs przejechaliśmy tylko, ale też się liczy!
Tak więc rano wyjechaliśmy z Damaszku i po ponad 4 godzinach drogi dojechaliśmy do Palmyry. Odwiedziliśmy grobowce z pierwszych wieków n.e., świątynię Baala, cytadelę oraz oczywiście sławetne ruiny :) Zrobiło to wszystko na nas niesamowite wrażenie, właściwie nie bardzo wiem co mam opisać, a zdjęcia nie oddadzą efektu. Na pewno warto było tyle jechać żeby to wszystko zobaczyć :) Szczególnie widok na pustynię z cytadeli był naprawdę przepiękny. Poza tym kupiliśmy Majkelowi kufiję czyli tak zwaną arafatkę. Teraz wygląda już jak prawdziwy Afgańczyk ;) Uploaded with ImageShack.us Uploaded with ImageShack.us
Okazało się, że z Palmyry nie mamy bezpośredniego połączenia autobusowego z Aleppo, musieliśmy więc jechać przez Homs. Obejrzeliśmy go głównie z autobusu bo na szczęście nie musieliśmy długo czekać na autobus do Aleppo. Generalnie miasto brzydkie, brudne, sprawiające wrażenie niedokończonego. Zdecydowanie najbrzydsze z tych które widzieliśmy podczas całego naszego wyjazdu. Do Aleppo dojechaliśmy ok. 22. Było już ciemno, my nie mieliśmy żadnej mapy ani w ogóle pojęcia gdzie jesteśmy, więc zanim znaleźliśmy hostel, zrobiła się już 24. Poszliśmy więc spać, pomimo przeszkadzających trochę innych Polaków śpiących z nami na dachu. [Tu nie mogę sobie odmówić – gruby, z długimi blond włosami europejczyk latający w abaji wygląda ŚMIESZNIE!!! Nie wtopi się w tłum, zwłaszcza jeśli założy taką paździerzową ze zdobieniami. Kufija na głowie tym bardziej nie pomoże. Widząc coś takiego na Polaku zaczęłam się wstydzić tego, że przyjechałam z tego samego kraju :/ ] Rano wymyliśmy się i czmychnęliśmy z hostelu. Dotarliśmy na stare miasto, zwiedziliśmy Wielki Meczet i zaczęliśmy szukać czegoś do zjedzenia.
Uploaded with ImageShack.us
Do 12 krążyliśmy po okolicy i nie znaleźliśmy NIC. Zdesperowana zadzwoniłam do Georgesa:
 - Panie Georges, co to jest w ogóle za miasto, jak Wy tu możecie żyć?
- Co się stało kochana moja?
- No przecież tu nie ma nic do jedzenia! Ja rozumiem, że piątek, że święto, że ramadan, no ale bez przesady jesteśmy w centrum a tu żadna restauracja nie jest otwarta, nawet żaden spożywczy!
- A gdzie jesteście? W jakiej dzielnicy?
- Nie wiem… No gdzieś na starym mieście, nie wiem co to za dzielnica…
- No ale gdzie dokładnie jesteście?
- Koło WIELKIEGO MECZETU…
Już można się śmiać. Takiej wtopy w muzułmańskim kraju jeszcze nie miałam. W międzyczasie znaleźliśmy Kasię, która do nas dojechała, wspólnie doszliśmy do dzielnicy chrześcijańskiej i daliśmy zedrzeć z siebie po 75 funtów za sałatkę (cóż, w Damaszku płacimy po 50… za lepszą). Następnie zwiedziliśmy cytadelę – było super, bo była naprawdę duża – na jej terenie znajdowało się kiedyś miasto – był nawet amfiteatr. Spędziliśmy tam jakieś 2 godziny błądząc wśród ruin i oglądając panoramę Aleppo – mieliśmy świetny widok. Kasia próbowała poderwać Majkela, ale się nie dał… Uploaded with ImageShack.us
Następnie szlajaliśmy się po mieście czekając na wiadomość od Georgesa. Niestety ostatecznie nie spotkał się z nami, ponieważ nawiedziła go rodzina. Zaopatrzyliśmy się za to w ponad kilogram słynnego aleppiańskiego (czy można stworzyć taki przymiotnik?) mydła. Wróciliśmy pociągiem – bilety na 2 klasę kosztowały nas ok… 4 złote. W niecałe 7 godzin pokonaliśmy jakieś 400 km i o 7:30 dotarliśmy powrotem do domu. Jeszcze niecałe 4 dni…

Jak ten czas szybko leci!!

skomentuj (0)

2010-08-29 21:32:57



Mar Musa

Syrii zwiedzanie
Z okazji zakończenia kursu na uniwersytecie zaczeliśmy intensywniej podróżować po tym spalonym słońcem kraju. Za namową Antonia zaczeliśmy od Mar Musy. Jest to klasztor wybudowany baaaaardzo dawno temu, potem opuszczony i pewien czas temu odnowiony przez jezuitę z włoch. Wpadł on swego czasu na pomysł stworzenia zgromadzenia zajmującego się dialogiem między chrześcijanami a muzułmanami i stwierdził, że te stare kamienne budynki na wzgórzu pośrodku pustyni będą odpowiednim miejscem. Obecnie znajduje się tam około 10 braci zakonnych oraz wszelkiego rodzaju wierni i turyści. W klasztorze jest dużo miejsca, a bracia bardzo chętnie goszczą każdego kto chce zostać trochę dłużej. Nocleg jest za darmo, tak samo wyżywienie, więc sporo osób z tego korzysta (np. my no i oczywiście Antonio - jeździł co weekend, a teraz chce zostać na cały miesiąc).
Aby tam dojechać musieliśmy skorzystać z mikrobusa jadącego do miejscowości leżącej na granicy cywilizacji, a potem zapłacić kierowcy, żeby powiózł nas gdzieś w pustynie. Tutejsza pustynia jest kamienista i w miejscu które odwiedziliśmy dosyć górzysta. Podróż była ciekawa, najpierw zjeżdzaliśmy ostrymi i wąskimi serpentynami w dół, a potem przed nami pojawiła się droga biegnąca prosto aż po horyzont (prosto w pustkę...). Po jakimś czasie skręciliśmy o 90 stopni, a po kolejnych 5 minutach zatrzymaliśmy się u podnóża skalistej góry. Tam właśnie dowiedzieliśmy się, że czeka nas całkiem długa wspinaczka...

(to jest tylko końcówka wspinaczki, cała trasa była znacznie dłuższa :D )

Owa wędrówka w góre nie obyła się bez strat - zawsze czujna i ostrożna Kasia została zaatakowana przez schodek, a broniąc z poświęceniem swojego aparatu zdarła dosyć porządnie kolano. Mimo tych przeszkód osiągneliśmy w końcu klasztor i był on naprawdę piękny. Kamienne budynki porozrzucane na półkach skalnych, połączone niezliczoną ilością schodków oraz cudowny wprost widok na pustynie zrobiły na nas wrażenie. Ponadto zakazane były wszelkie hałasy, więc otaczała nas kojąca cisza (to była naprawdę duża ulga po rozkrzyczanym i roztrąbionym damaszku).
Ciekawe były również drzwi do jednego z dwóch głównych budynków klasztoru. Były malutkie i skrywały równie malutki skręcający przedsionek zakończony kolejnymi malutkimi drzwiami. Żeby zabawa była nawet przedniejsza podłoga owego przedsionka była śliska i nierówna.

Następne godziny spędziliśmy na eksplorowaniu miejsca, zastanawianiu się czemu Antonio nie powiedział nam o wielu ważnych sprawach oraz czemu gdzieś sobie zniknął, a w końcu na dowiadywaniu się co jeszcze jest zabronione (nie potrzebnie się zastanawialiśmy - zabronione było prawie wszystko :D ). Na szczęście Antonio po jakimś czasie znów się pojawił i pokazał nam bibliotekę. Ta część klasztoru przypadła mi bardzo do gustu. Jak wszystko tam składała się z paru poziomów i dużej ilości schodków, ale jej zawartość była na bardzo przyzwoitym poziomie. Oprócz wielu książek o tematyce religijnej (arabskie, francuskie, angielskie, włoskie, dzięki obecnemu papieżowi nawet niemieckie) znaleźliśmy tam również sporo lżejszych kawałków (a nawet jedną książkę po polsku). Spędziliśmy tam trochę czasu, a następnie na jednym z tarasów wstępnie dobraliśmy się do naszych zapasów żywności. Jak się okazało czyn ten był haniebny ale na szczęście mieliśmy okazję odpokutować go później w kuchni (nie zmuszali nas, po prostu poprosili, a my nie mieliśmy lepszych zajęć akurat). Po wymyciu naczyń nadszedł czas kolacji (bez szału ale zjadliwa), a następnie segregacji płciowej (żeby żadnych bezeceństw nie było). Tak więc męska część naszej wycieczki poszła do swojego baraczku (znowu dużo schodków...).
Spało mi się przyjemnie choć krótko. O piątej wstaliśmy (przynajmniej niektórzy) na wschód słońca. Niestety mam tylko jedno zdjęcie ale muszę przyznać, że bardzo mi się podobał! Mam nadzieję, że później będę w stanie wstawić więcej.
 

Około 8 stawiliśmy się na zbiórkę osób chętnych do pracy. Antonio powiedział nam, że możemy pójść zbierać jakieś tajemnicze owoce (w kropki, twardę na zewnątrz i miękkie w środku). Po pokonaniu paru kilometrów po górzystym terenie dotarliśmy do kamiennej chatki w trakcie budowy i dowiedzieliśmy się że w sumie bardziej pomożemy przerzucając kamienie :D

 

Dalej (po dwóch godzinach) okazało się, że wspomniane owoc to migdały i zbierać je będziemy z malutkich krzewów zasadzonych na pustyni. Po godzinie niezbyt udanego zbierania zaproszono nas w końcu na śniadanie (powienienem powiedzieć "śniadanie z muchami" - było ich delikatie mówiąc sporo, Kala prawie nic nie zjadła...) i w końcu umęczeni mogliśmy wrócić do klasztoru. Tak na prawdę było to ciekawe doświadczenie i bynajmniej nie żałuję, że się na to zapisałem, jedyne czego mi tam brakowało to wcześniejszego powiadomienia o tym co właściwie mieliśmy robić...
Dla nas było to ostatnie zajęcie tam, razem z Hussamem wróciliśy po obiedzie do Damaszku, jednak Kasia, Hamada i Kinan zostali na kolejną noc :)

To tyle jeśli chodzi o Mar Muse, mam nadzieję, że nie przynudzałem.

Pozdrawiam

Majkel

skomentuj (0)

2010-08-29 21:13:57



Przedostatni weekend

Niestety przed nami już tylko 11 dni :( Powoli dociera do nas fakt, że niedługo przyjdzie nam się pakować i wcale nie jesteśmy tym zachwyceni. Jutro zaczniemy ostatni tydzień zajęć, ale na razie rozkoszujemy się jeszcze weekendem. Dzisiaj odwiedziliśmy malule - małą miejscowość pod Damaszkiem słynącą z dużej liczby klasztorów oraz języka aramejskiego, który jest tam wciąż używany. Jadąc tam utwierdziłem się w przekonaniu, że mimo iż ruch drogowy w miastach jest wyjątkowo chaotyczny, szosy mają o niebo lepsze od naszych. Najczęściej pasy (w przeciwnych kierunkach - takich w jednym z reguły nie wytyczają) są od siebie oddzielone betonową barierką i mieszczą się na nich 3 do 4 samochodów. Na naprawdę bocznych drogach szosy są na tyle szerokie, że mieszczą sie 3 samochody obok siebie więc problemów z wyprzedzaniem też nie ma. Nie należy też się dziwić gdy sporadycznie ktoś wyprzedzi po prawej - widocznie tak mu było wygodniej ;)

Wracając do tematu wybraliśmy się tam busikiem. Po odnalezieniu "dworca" wpakowaliśmy się do jednego z napisem malula, a potem cierpliwie czekaliśmy aż się raczy zapełnić. Pan kierowca nie lubi jeździć bez kompletu, ale szczęśliwie szybko znalazło się wystarczająco dużo chętnych. Miasteczko do którego dotarliśmy było ciekawie usytuowane w wąwozie na zboczu skalistej góry. Na jej ścianach w wielu miejscach wykute były jamy, a nawet całe domy (czy całe w sumie nie wiem, ale na pewno drzwi i okna). Innym charakterystycznym elementem była spora ilość krzyży, jak również posągów Maryii. W każdym razie po opuszczeniu busika udaliśmy się do klasztoru św. Tekli. W środku zobaczyliśmy kościół (grecki ortodoksyjny) cały zapełniony obrazami (trudno było dostrzec chociaż kawałek ściany) oraz grotę w której ponoć pochowano jej doczesne szczątki. Kościół przytłaczał mnie tymi wszystkimi malunkami, ale grota była całkiem ciekawa. Znajdowała się ona wysoko - trzeba było pokonać trochę kamiennych schodów, a z jej wnętrza wyrastało baardzo stare drzewo podczepione do sklepienia za pomocą belek i łańcuchów. Na miejscu można było oczywiście nabyć drogą kupna trochę świętości oraz zobaczyć wota pozostawione tam przez ludzi, którzy za wstawiennictwem Św. Tekli zostali uzdrowieni.

Po opuszczeniu klasztoru udaliśmy się ścieżka biegnącą dnem wąskiego wąwozu, a następnie drogą na szczyt góry. Zwiedziliśmy tam kościół św. Sergiusza. Jak twierdzi przewodnik Kasi jest to jedna z pierwszych świątyń chrześcijańskich - wzniesiona została w 4 wieku. Musze przyznać, że bardzo mi się podobała, kamienna, solidna, całkiem zadbana. Ciekawe były drzwi - wszystkie malutkie, nie wiem czy miały chociaż 1,5 metra (zadbali o obicie framugi czymś miekkim na szczęście). Msze święte odbywają sie tam codziennie o 7:30 i odprawiane są po aramejsku (żałuje, że nie mogę wziąć w takiej udziału - liturgia w języku pierwszych chrześcijan...), potem swiątynia dostępna jest dla zwiedzających tudzież szukających ciszy i modlitwy.

Po św. Sergiuszu przyszedł czas na zbieranie się z powrotem do Damaszku. Wróciwszy posłuchaliśmy sobie właściciela rzucającego kur.. no powiedzmy trochę zdenerwowanego na Rebekę (nie było jej w domu więc pokrzykiwał w powietrze upewniając się co jakiś czas czy na pewno nie wiemy gdzie jest oraz odgrażając się co to z nią nie zrobi - przyczyną była oczywiście jakaś nocna impreza), a następnie zjedliśmy obiad. Co do Rebeki to staramy sie teraz jakoś załagodzić sytuację, bo naprawdę gotów był ją wyrzucić z mieszkania. To tyle jeśli chodzi o dzień dzisiejszy. O wczorajszym pisać nie będe bo był to w sumie dzień trolla - obijaliśmy się i relaksowaliśmy, a potem poszliśmy spać ;)

Na teraz chyba kończe pisanie. Spróbuje się zmobilizować jeszcze jutro, może Kala mi w tym pomoże.

Pozdrowienia z gorącego Damaszku!

Majkel


ps.
Jest szansa, że jutro zrobi się trochę mniej gorący - ponoć temperatura ma spaść poniżej 40 stopni :D


Widok na Malulę z okolic kościoła św. Sergiusza:


Jedna ze ścian skalnych oraz wykute w niej pomieszczenia i jamy: 

skomentuj (2)

2010-08-21 18:59:33






- Księga Gości Wallyego! -



- Linki -

mniej lub bardziej ciekawie
Ambasada Syrii w Polsce strona ambasady syryjskiej

kategoria obowiązkowa
re-volta/voltopiry końsko i nie końsko. zawsze dobrze.



- Archiwum -

2011
lipiec
2010
sierpień
lipiec
czerwiec




- Lay -

Title:Wally
Date:12.o7.2o1o
Made for:gdziejestwally.blog.pl
Made by:-Alówa-